Kolejny dzień z cyklu „rano plaża” – ja już mam dość i zostaję w namiocie.
Z kempingu na pokazy wyjechaliśmy z dużym zapasem czasowym – żeby znów nas nie zatrzymał szlaban i aby spokojnie zaparkować, coś zjeść, poplażować i wykąpać się w oczekiwaniu na pokazy nad plażą.
Rzeczywistość jak zwykle nas zaskoczyła. Szlaban nas nie zatrzymał, ale dla odmiany w Lignano Sabiaddoro okazało się, że wszystkie ulice na których odznaczyliśmy miejsca parkingowe… były wyłączone z ruchu z okazji pokazów.
Po 2 godzinach kluczenia w poszukiwaniu miejsca parkingowego w końcu się udało. Została nam jeszcze godzina do pokazów, więc postanowiliśmy coś zjeść. Wyszukaliśmy całkiem miłą knajpkę jednak jedzenie w niej mocno rozczarowało.
Daniel wziął pizzę – w Banolii mają lepszą. Kuba wybrał lasagne – zupełnie bez szału. Ja wybrałam spaghetti – beznadzieja.
Nie wiem czy tylko my tak pechowo trafiliśmy, ale całe to włoskie żarcie którym zachwycają się miliony jest bezbarwne, bez smaku, bez polotu, niedoprawione i takie byle jakie po prostu. Nie dość, że jedzenie było bez smaku to zostawiliśmy tam kupę kasy.
Warto zapamiętać, że wszystkie serwowane porcje są bardzo duże. Dlatego idąc z dzieckiem, które nie ma apetytu wygłodniałego wilka – nie bierzemy dla niego porcji. Kelner sam przyniesie dla dziecka dodatkowe nakrycie. W ten sposób jadają w knajpkach Włosi. Zamawiają posiłki tylko dla siebie, dziecko otrzymuje puste nakrycie, a rodzice ze swojej porcji nakładają dziecku na talerz.
Po posiłku udaliśmy się na „z góry upatrzoną pozycję” aby oglądać pokazy :)
Relacja z pokazów Daniela:
Całą relację należy zacząć od tego że jako że Lignano Sabbiadoro to turystyczna miejscowość nadmorska, spodziewaliśmy się szybkkiego pokazu Frecce Tricolori i nic ponadto.
Jakież było nasze zdziwienie gdy okazało się że pokazy są planowane na 2.5h :-)))
Na plażę dotarliśmy z lekkim wyprzedzeniem – nuda, morze odgrodzone taśmą, ale może nikt nie pilnuje?
Nie, jednak pilnują ;)
Więc dalej siedzimy w tym upale i czekamy patrząc jak inni się bawią…
W końcu się zaczęło i to z kopyta – pilot pokazywał co potrafi SeaKing (aka Pelican)
Pokazał również że potrafi lądować na wodzie :)
Wyłowiony nurek był bardzo zadowolony z przebiegu akcji ratowniczej (może jak nie ma pokazów to musi sam dopłynąć do brzegu po tym jak wypadnie z helikoptera? ;-)
30s. przerwy dla fotoreporta ;)
ORUS Team „Devils” na samolotach Aermacchi SF.260
Piękny samolot gaśniczy Canadair CL-215 pokazał się z każdej strony:
nabieranie wody z morza w locie:
Zrzuty na wszelkie możliwe sposoby :)
Aż do lądowania na morzu…
Piękna maszyna :)
Kolejne akrobacje, tym razem Extra 300 pod znakiem Breitling.
Jak normalnie nie przepadam za blokami aeroklubowymi to pokaz PPGantów urzekał, nie ma co porównywać z nudą którą wiało podczas pokazu PPG w Radiomu – ale o tym kiedy indziej :)
W końcu doczekaliśmy się na Frecce Tricolori dla których w sumie przejechaliśmy ponad 1000 km :)
Jak widać poniżej są klasą sami w sobie :)
Grupowa mijanka robi zdecydowanie większe wrażenie niż solowa :)
Solista i ślizg na ogon, piękna sprawa.
Było pięknie, pozostaje wierzyć że nasze dowództwo Sił Powietrznych kiedyś pozwoli się rozwinąć rodzimemu wojskowemu zespołowi akrobacyjnemu do tego poziomu. Czego życzę sobie i Wam :-)
Wieczorem przy winie z Expressem i Łatką uknuliśmy, że dość tych nudnych Włoch. Szybko podjęliśmy decyzję – rano się pakujemy i ruszamy do Słowenii.